Blog
1789
Deżawi
14 obserwujących 158 notek 258647 odsłon
Deżawi, 15 sierpnia 2011 r.

Stop cywilizacji śmierci (1920-2011)

«Eugeniusz Małaczewski jedno ze swych opowiadań zaczyna opisem „południa lipcowego jaśniejącego okrąg na spieczonym stepie”. Jedzie stłoczony na dachu pociągu wśród rosyjskich towarzyszy, którzy „śpiewali pieśni rosyjskie, przepaściste i bezpłodne w swym smętku okrutnym jak step, który jest w dzień miedziany od słońca, a w nocy upiornie srebrny od księżyca”.

Pociąg mija Wołgę a on wyznaje, że męczy go „nuda najrozpaczliwsza, jakiej kiedykolwiek doznałem!” Step, upał i nuda. Wówczas następuje zdarzenie, którego nastrój oddaje Małaczewski przywołując określenie: „oaza przerażenia na pustyni martwej nudy”.

Jedna z towarzyszek podróży zaczęła krzyczeć, że ją okradziono. Na dachu zaczęło się zamieszanie. Pobieżna rewizja ubrań i bagaży wszystkich siedzących obok niej nie przyniosła rezultatu. Prowadzący śledztwo zmienili taktykę: zapytali kobietę, na kogo rzuciłaby podejrzenie. Odpowiedziała bez wahania, że na chłopca siedzącego obok niej. („Był to miły chłopaczek, na wpół dziecko jeszcze, różowy, schludny i wesoły; przygrywał nam na organkach, naśladował uniwersalnie lokomotywę odjeżdżającą ze stacji i cieszył się jazdą na dachu jak osobliwą przygodą; świat był dlań jedną wielką, nowiuteńką zabawką i tej zabawki miał pełno w szarych oczach, patrzących w ludzkie źrenice prosto i z zaufaniem serdecznym”). Chłopiec zaprzeczał, ale kobieta uparła się, że to na pewno on. Któryś z sąsiadów dorzucił, że widział go upuszczającego coś z wagonu na ziemię. „ - Pod koła go wrzućcie, pod koła! – ryczała kupa ludzi dorosłych, ciągnąc przerażone dziecko ku śmierci”. Potężny czerwonoarmista złapał chłopca w swoje ręce. „Kupa dorosłych mężczyzn i kobieta przypatrywali się w zaciekłym skupieniu temu, co się działo, aż rozległ się mokry chrzęst kości i ścięgien, łamanych i rozrywanych w człowieku żywym… Wtedy zepchnięto nogami bezwładne ciało chłopięce z dachu pod koła pociągu…”.

Nie minęło kilka chwil, gdy kobieta znów podniosła hałas: „Cóż ja najlepszego zrobiłam, nieszczęsna!... Pieniądze się znalazły”. Okazało się, że portmonetka przez dziurę w kieszeni obsunęła się pod podszewkę. Chwilę potem kobieta „darła się w głębi struchlałych wnętrzności potwornym wrzaskiem, niby kobieta, która rodzi”, lecz jej krzyk przerwany został przez chrzęst łamanego karku. Czerwonoarmista ponownie zepchnął bezwładne ciało pod koła pociągu.»


 

«...W oknach nie zostało ani jednej całej szyby. Nie od kul wyleciały - powytłukiwano je snać naumyślnie kolbą, kijem, pięścią, z sołdackiej chandry, dla zbytku. W pokojach wszystka posadzka była dokładnie wyważona, klepka po klepce wydarta ze spojeń. W pośrodku izby, niegdyś jadalnej, pozostała kupa popiołu i węgli po ognisku, wznieconym z połamanych mebli. Komu i po co przydał się ten ogień - niewiadome; było lato, upał dokuczał nawet w nocy, a dla uwarzenia strawy znajdowała się obok dobrze urządzona kuchnia. Wszystkie meble, szafy, kredensy, leżały w drzazgach, szczapach i strzępach. Nogi co krok deptały po szkle, ścielącym się od roztrzaskanych luster. Tapety tu i ówdzie powydzierano pasami od sufitu aż do podłogi, ściany okryto szeregiem odręcznych napisów i rysunków kredą, węglem lub dziegciem, utrzymanych w stylu owych prymitywów, które zdobią mury i parkany moskiewskich koszar, więzień i fabryk. Doborowa biblioteka, składająca się z paru tysięcy starannie oprawionych ksiąg, przedstawiała zwichrzoną kupę podartych, zetlonych szpargałów.

Uwagę mą zwróciła duża księga in folio, leżąca na podłodze w niedbałym rozwarciu i roztrzepaniu kart, z resztkami grubej pozłoty na brzegach i grzbiecie, tłoczona czcionkami greckimi na papierze, pożółkłym od czasu. Nachyliwszy się zapuściłem wzrok między wiersze. Owiała mię wspomnieniem znajoma treść:

boski Platon bronił w obliczu wieków nieśmiertelnego Sokratesa... Przebiegłem oczami kartę do samego dołu i odwróciłem ją, sam o tym dobrze nie wiedząc. Wtem nagły fetor odepchnął, odtrącił mię od rozwartej księgi... Odwróconą kartę ohydną lepką kałużą okrywały rozlane odchody ludzkie. Jakem się przekonał, wszystkim wykwintniejszym księgom tej bibijoteki, przygodni czytelnicy wygodzili w ten sam sposób.

I co wogóle szczególniej mię uderzyło w całym tym rozgromionym domu, to mnogość tego specyficznie moskiewskiego zostawiania po sobie zelżywej, śmierdzącej pamiątki: w każdym kącie, w pośrodku każdego pokoju, na parapetach okien, na rozprutych materacach łóżek, na potłuczonej klawiaturze rozbitego fortepianu. Szczególna to chuć robić ze wszystkiego kloakę. Jeśli ślad obecności tych ludzi jest taki, cóż dopiero dziać się musi w nich samych, pomyślałem... (...)

Wtem zwidziało mi się, że w pośrodku srebrno - złotej wody nieruchomieje coś białego, coś niby kilka kęp śniegu, kiedy wraz z lodem taje na wiosnę w odmarzającym stawie. Po uważnych oględzinach rozpoznałem, że są to martwe łabędzie. Jeden, drugi, trzeci... piąty... dziesiąty... Powystrzelano je zapewne, ot, tak sobie, dla moskiewskiej, hulaszczej zabawy. (...)

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

www.jarkosfera.pl Licznik dni

Ostatnie notki

Ostatnie komentarze

  • @WOJCIECH SUMLINSKI Na panelu w UKSW 'miało być ładnie i przyjemnie'. - Tak na to...
  • @Wojciech Sumliński Pogubiłem się w cudzysłowach. W którym miejscu kończy się cytat z...
  • Pretensje synodu Kościołów Ewangelickich w Niemczech po papieskiej pielgrzymce Benedykta XVI...

Tagi

Tematy w dziale